Indiana boys on Indiana nights

Indiana boys on Indiana nights

O chłopakach z Indiany w utworze “Mary Jane’s Last Dance” śpiewał nieodżałowany Tom Petty. Ilekroć słyszę ten utwór w czasie jazdy przypomina mi się historia związana z tym stanem. Jakiś czas temu w chłodny grudniowy poranek zadzwoniłem w sprawie ogłoszenia o sprzedaży Volkswagena Karmann Ghia cabrio z 1970 roku niedaleko Indianapolis. Starszy pan opowiadał o samochodzie, opisywał stan i opowiadał historie na jego temat. Pod koniec rozmowy niespodziewanie zapytał czy przypadkiem nie byłbym zainteresowany jeszcze innym autem. Okazało się że w stodole od 35 lat trzyma Mercedesa sedan z 1967 roku. I że w sumie też chciałby się go pozbyć. Po chwilowym wahaniu spytałem gdzie mam wysłać zaliczkę za obydwa. Kilkanaście godzin później jechaliśmy na zachód w kierunku Indianapolis. Dzięki uprzejmości kolegi Czarka z Fidler Auto Transit jego zestawem, gdyż nasz sprzęt stał akurat w serwisie. Następnego dnia opuszczając autostradę na południowych krańcach metropolii znanej ze słynnego toru wyścigowego, wjechaliśmy w sam środek ciągnących się po horyzont pól kukurydzianych. Pod wskazanym adresem ukazały się zabudowania gospodarcze, farma jakich wiele w okolicy.

“She grew up in an Indiana town
Had a good-lookin’ mama who never was around”

Na miejscu potwierdziły się moje przypuszczenia że Mercedes sedan to W111, czyli protoplasta współczesnej klasy S. Model 230S, kompletny w dobrze zachowanym stanie. Starszy pan okazał się bardzo miłym i rozmownym człowiekiem, z ciekawością wysłuchaliśmy historii na temat samochodów. Okazało się że pochodziły z zasobów inwentarza dealera Jaguara z Indianapolis który zbankrutował na początku lat osiemdziesiątych. Obecny właściciel był wówczas mechanikiem w autoryzowanym serwisie. Jako miłośnik brytyjskiej motoryzacji przygarnął “wrogie” konstrukcje gdyż nikt inny ich nie chciał… Spytałem z nadzieją czy może ostały się jakieś E-Type’y, ale z uśmiechem stwierdził że te rozchwytano od razu po bankructwie.

I w ten sposób, jak dwóch chłopaków z małego miasteczka w Indianie ruszyliśmy w drogę do Nowego Jorku. Wywożąc dwie niemieckie legendy motoryzacji z farmy pośród pól kukurydzy. Do domu było 1200 kilometrów.

“Into the great wide open…”

Posłowie.

Bardzo chciałem zobaczyć i posłuchać Toma Petty na żywo. Powszechnie znany był fakt że jego koncerty są porywające. Wydawało się że mam jeszcze tyle czasu. Pomyliłem się i teraz jest już za późno. Jedna z tych rzeczy których ogromnie żal. Morał z historii jest następujący: Są rzeczy w życiu których się nie odkłada. Planując coś, róbmy to dopóki karty są w naszych rękach, dopóki mamy na to wpływ i możemy decydować. Bo inaczej zdecyduje ktoś inny.

Tom Petty na zawsze pozostanie w moich głośnikach, gdziekolwiek pojadę…

“I won’t back down”.